Szybki zysk, a może stały zysk?

Podoba mi się sposób w jaki przedstawia to Kiyosaki w książce „Kto zabiera Twoje pieniądze” (wydawnictwo IPE).

Już dość dawno odkryłem w sobie sprzeczność dotyczącą tego jak chcę zarabiać i bogacić się. Najbardziej pociąga mnie działalność spekulacyjna – kupić tanio, sprzedać drogo (zysk kapitałowy). Problem w tym, że leży to w sprzeczności z inną tęsknotą mojej duszy, aby coś tworzyć, budować. I tu pomógł mi trochę autor powyższej książki. Przypomniał mi, że bardzo dobrą regułą jest:

1. Zbudować dochodowy biznes
2. Przepływ pieniężny z biznesu inwestować w nieruchomości
3. Nadmiar przepływu pieniężnego inwestować w papiery wartościowe
Nacisk położony jednak na tworzenie (przepływ pieniężny). I choć spekulacje wydają się łatwiejsze, to na dłuższą metę wiążą się z większym ryzykiem (granicząc często z hazardem). A my chcemy przecież zbudować bogactwo trwałe i mieć do tego satysfakcję, że zrobiliśmy przy tym wiele dobrego!

Autosugestia

Z wszelkiego rodzajami sugestiami, miałem wielokrotnie styczność. Początkowo były to afirmacje w pisanej formie. Stopniowo, przykładałem coraz większą wagę do afirmacji mówionych, głównie w myślach. W końcu często łapiemy się na tym, że nucimy coś w kółko bez sensu, albo obracamy w koło w myślach jakieś zdanie czy czyjąś wypowiedź. Czyż nie lepiej byłoby ten bezsens zastąpić czymś pożytecznym? I dlatego, gdy przyłapię się na takim bezwiednym, automatycznym powtarzaniu czegoś, wymieniam to na którąś z moich ulubionych afirmacji. Robię to również gdy zorientuję się, że moje myśli wynikają z lęku czy strachu. Staram się wtedy wpuścić tam trochę światła poprzez zasianie pozytywnych myśli i pokazanie umysłowi, że może być lepsze rozwiązanie niż to podpowiadane przez strach.

Tak więc, tego typu afirmacyjne praktyki weszły już na stałe w moją codzienność. Coraz bardziej potrzebuję jednak czegoś „mocniejszego”. Czegoś bardziej ukierunkowanego i działającego z większą mocą na podświadomość.

Od lat na mojej półce stała  książka „Hipnoza i Autohipnoza” Hewitta. Chyba pierwszy wyraz w tytule powodował, że jakoś ją omijałem. Nie czułem potrzeby zostania hipnotyzerem… Dalsza część tytułu umknęła jednak mojej uwadze. Kilka dni temu jednak, mój wzrok spoczął na grzbiecie tej pozycji i objawił pełnię tytułu. Poczułem, że to jest ten moment. Po pobieżnym przejrzeniu okazało się, że w zasadzie całość można odnieść do autohipnozy, a większość działań w tym przypadku polega na nagrywaniu spisanych tam sesji na magnetofon (dyktafon w moim przypadku) i późniejsze odtwarzanie ich sobie w trakcie spotkań ze samym sobą.

Dziś zacząłem. Nagrałem i odtworzyłem pierwszą sesję. Chciałbym codziennie w ten sposób odbyć kolejne sesje (jest ich chyba 6) mające na celu wprowadzenie w autohipnozę. Później przyjdzie czas na kolejne cykle – już w odniesieniu do konkretnych, uzdrawiających celów.

Podłoże filozoficzne

Jak najkrócej opisać moją drogę, która przyprowadziła mnie w to miejsce? Pierwsze przebudzenie świadomości nastąpiło gdy miałem około 18 lat. Wtenczas zacząłem czytać książki, mówiące o tym, że nie jesteśmy liśćmi na wietrze, ale możemy zmienić swoją rzeczywistość. Oczywiście chodziło mi o zmianę na lepsze. A w szczególności o uzdrowienie z łuszczycy.

Jedną z najważniejszych książek z tego okresu było dla mnie „Możesz uzdrowić swoje życie” Louise Hay. Pisałem afirmacje, powtarzałem je sobie i osiągnąłem nawet kilka spektakularnych sukcesów. Jednym słowem – przekonałem się, że już nawet takie mechaniczne „wdrukowywanie” działa. Na tym etapie, świadomość była daleko w tle. Od tego jednak czasu książki takich autorów jak Joseph Murphy na stałe weszły do mojej biblioteczki, krzepiąc mnie zarówno w chwilach zwątpienia jak i wzmacniając na właściwym szlaku.

Następnie zagłębiłem się w bardziej psychologiczną literaturę, poznając mechanizmy rządzące naszymi zachowaniami, reakcjami itp… Spróbowałem terapii w różnych nurtach, i choć nabrałem szerokiego rozeznania w tej tematyce, to już wiedziałem, że to dopiero uchylone drzwi do tego ciekawego świata. Świata, który ma mi przynieść zrozumienie siebie, pomóc odnaleźć swój „Dom” i szczęście, a także (bo o tym tu przecież mowa) uzdrowienie. Trudno mi tu wybrać najważniejszą dla mnie książkę tych czasów, bo było ich sporo… Na pewno były wśród nich prace Junga, a z współczesnych autorów Mindela.

Mniej więcej wtedy, zaczęło do mnie także docierać, że psychologia daleka jest jeszcze od wyjaśnienia istoty naszego funkcjonowania w rzeczywistości. Może dlatego, że każdy ma swój świat wewnętrzny, swoje uwarunkowania z przeszłości oraz swoje środowisko obecne. Tak więc, wszelkie szablony nie zawsze spełniają swoją funkcję. Zwróciłem się więc w kierunku bardziej ezoterycznych koncepcji, które w sposób bardziej bezpośredni wiążą nasze myśli z tym co nas otacza. A przecież o taki wpływ, o zmianę naszego „zewnętrznego” świata za pomocą myśli mi chodziło.

Przede wszystkim takie zależności (także w praktycznym wymiarze) znalazłem w filozofii Kahunów. Wystarczy powiedzieć: „Energia podąża za uwagą” – i wszystko jasne…

Jako, że świat ducha wydaje się nierozerwalnie związany z umysłem i ciałem, solidne ramy dla mojego światopoglądu zawdzięczam Robertowi Monroe. W swoich książkach opisał on świat w jaki być może przechodzimy po śmierci fizycznej. Nie wiem czy tak jest, i nie przyjmuję tego na wiarę, ale jego wizja (z doświadczeń wynikająca ponoć) wydaje mi się najbardziej spójna i kompletna, a także współgrająca z innymi moimi wyobrażeniami i poglądami.

Na koniec wymienię najważniejsze dla mnie ostatnio książki:

– Eckhart Tolle „Potęga teraźniejszości”, „Nowa Ziemia” (kłania się czytany wcześniej Krishnamurti)
– Rhonda Byrne „Sekret” (kwintesencja wcześniejszych lektur Joe Vitalego i tym podobnych autorów)
– Geshe Michale Roach „Diamentowe Ostrze” (kwestia prawdy i etyki była dla mnie zawsze bardzo ważna)
– Vadim Zeland „Transerfing rzeczywistości” (całkiem udana próba innego spojrzenia na możliwość zmiany warunków życia)

Te pozycje (i dziesiątki jeszcze innych) ukształtowały mnie i doprowadziły do napisania tych słów.

Jak to się zaczęło?

Gdy myślę o swoim życiu, o wszystkich poszukiwaniach, przeczytanych książkach, godzinach przemyśleń, to mam świadomość, że być może głównym bodźcem do tych wszystkich działań była moja choroba… A raczej głębokie pragnienie, by się z niej wyswobodzić…

Od dziecka miałem łuszczycę. Jest to choroba polegająca na zbyt szybkim dojrzewaniu komórek skóry w niektórych miejscach, przez co pojawia się tam sucha łuska. W zdrowej skórze takie dojrzewanie trwa około miesiąca. Tyle czasu potrzebuje komórka, by przejść z głębokich warstw skóry na powierzchnię i obumrzeć. To normalny proces, u każdego z nas. Niestety z jakiegoś nieznanego powodu, w chorych miejscach może nastąpić to nawet w 4 dni! Dlaczego tak się dzieje? Medycyna wciąż szuka odpowiedzi, i dlatego nie ma na to skutecznego lekarstwa. I pewnie nie będzie, póki przyczyna nie zostanie rozpoznana. Wszystkie dostępne leki działają tylko objawowo, a do tego mają często skutki uboczne. Zostawiłem więc już dawno akademicką medycynę i nauczyłem się żyć z tą przypadłością.

Jak? Przede wszystkim na swoim przykładzie doświadczyłem, że psychika i ciało są ze sobą nierozerwalnie powiązane i wpływają jedna na drugie. W momentach mojego życia, gdy byłem daleki od nadmiernego stresu, miałem pieniądze i zadowolenie z tego co robiłem – problem potrafił maleć praktycznie do zera. I odwrotnie – gdy przychodziły cięższe dni, a stresy i lęki wypełniały moje wnętrze – choroba atakowała ze zdwojoną siłą…

To dało mi do myślenia, że wszystkie te teorie, książki czy relacje dotyczące ludzi, którzy  leczyli się z nieraz nawet nieuleczalnych chorób (często w „cudowny” sposób), to nie tylko złudne nadzieje i tania sensacja, ale coś co ma miejsce także w realnym świecie. Moje poszukiwania i eksperymenty w tej mierze trwają już lata całe. Doszedłem do miejsca, w którym jak mniemam, posiadam całkiem niezłą orientację na temat przyczyn i skutków – czyli: dlaczego to „spotkało” akurat mnie? Wiem też co dalej powinienem zrobić – część działań już rozpocząłem, ale jak to bywało i w innych przypadkach, pisanie tutaj pozwala mi ukierunkować energię i porządkować doświadczenia. A jeśli także i Ty czytelniku wyniesiesz coś z tego dla siebie, to tym lepiej!

Początek może być dość chaotyczny, bo tyle jest tematów mających tu wielkie znaczenia – postaram się to trochę posegregować.

Jedność duszy i umysłu

Czym jest Dusza? Może to ta część nas samych, która jest wieczna? A może upatrywać w niej możemy podobieństw do podświadomości? Tak czy inaczej nie zna ona abstrakcji i wszystko traktuje wprost.

Dlaczego, mimo tego, że czegoś bardzo chcemy, nie możemy tego osiągnąć? Otóż, aby odnieść sukces w realizacji jakiegoś celu czy marzenia konieczna jest jedność duszy i umysłu. To czego najgłębiej pragniemy i to co podpowiadają nam wyuczone „programy” musi być zgodne z tym, czego chcemy „świadomie”… Często już na tym etapie zamykamy sobie drogę do osiągnięcia celu.

Ale załóżmy, że uporaliśmy się już ze szkodliwymi przekonaniami i możemy mieć nadzieję na spójność w tym temacie. Pozostaje nam jeszcze upewnić się, czy cel nie jest dla duszy zbyt abstrakcyjny.

Weźmy przykład, chyba najczęściej popełnianego błędu: Chcę mieć pieniądze! Dużo pieniędzy!

Niby mamy wszystko przemyślane i nasz umysł w pełni rozumie tą potrzebę. Oczyściliśmy się też ze szkodliwych przekonań na temat pieniędzy. I wydaje się, że powinno to wystarczyć. Dlaczego jednak to nie działa? Odpowiedź jest prosta – dusza nie zna pojęć abstrakcyjnych. A pieniądz do takich należy. Nic jej z tego, że w szafce (a tym bardziej na koncie) masz plik banknotów. Dla duszy są one całkowicie bezwartościowe – no, może mają wartość podobną do kawałków papieru. Ale nic jej po pieniądzach…

Dlatego też tak ważne jest byś stawiał sobie cele związane z tym co chcesz osiągnąć. Chcesz być bogaty? OK. Ale wyobrażaj sobie styl życia jaki będziesz prowadził, jak się będziesz wtedy czuł, jakimi rzeczami otaczał. Wyobrażaj sobie (odczuwaj!) poczucie bezpieczeństwa uzyskane dzięki takiej pozycji. Ale nie kupkę pieniędzy, bo dusza Ci nie pomoże. A tak już to działa, że jej pomoc jest konieczna, aby cokolwiek osiągnąć.

Podsumowanie miesiąca – maj 2011

Na początku maja postanowiłem, że spróbuję spać mniej (ale efektywniej) by mieć więcej czasu na codzienną aktywność (tyle jest ciekawych rzeczy na świecie!).

Zacząłem zgłębiać temat i dowiedziałem się, że jest możliwym, by spać mniej, a mimo to mieć nawet więcej energii do działania podczas dnia.

Po upływie prawie miesiąca, mogę już sam stwierdzić, że jest to możliwe. Coraz bardziej przyzwyczajam się do rytmu dnia z krótszym snem oraz drzemką po południu. Poranne wstawanie staje się dla mnie coraz łatwiejsze, mimo tego, że śpię średnio nie wiele więcej niż 6h dziennie (przedtem spałem około 8h na dobę).

Nauczyłem się również tego, że gdy organizm potrzebuje nieco więcej snu, to mnie o tym poinformuje (w drastycznych przypadkach pod postacią choroby). I nie należy mu tego snu wtedy odmawiać.

Zamierzam nadal prowadzić taki styl życia, zwracając szczególną uwagę na „jakość” samego snu. A jeśli mnie zapytasz, co uważam za największy zysk z całej tej historii, to odpowiem, że przestałem mieć poczucie permanentnego braku czasu. Mam wreszcie czas dla siebie! 2 godziny dziennie więcej; 14h w tygodniu; ponad 50h w miesiącu więcej! To naprawdę sporo.

Jednym słowem: Sukces!

————————

2011-05-31 / Drzemka: 19:00 (1-2 min.?, bez) // Sen nocny: 0:15-5:45 (ok. 5.5h, bez budzika) // Razem snu: ok. 5.5 h.

2011-05-30 /Drzemka: 17:00 (20 min., budzik) // Sen nocny: 23:50-6:00 (ok. 6h, budzik) // Razem snu: ok. 6.5 h.

2011-05-29 / Drzemka: 15:30 (30 min., bez budzika) // Sen nocny: 23.45-5:30 (ok. 5.5 h, bez budzika) // Razem snu: ok. 6 h.

2011-05-28 / Drzemka: brak  // Sen nocny:  23.30-6.00 (ok. 6.5 h, budzik)   // Razem snu: ok. 6.5 h.

2011-05-27 / Drzemka: 2x 30 min.  // Sen nocny:  23.30-7.30 (ok. 8 h, budzik)   // Razem snu: ok. 9 h. [choroba]

Kryzys, choroba – co wtedy?

Dzisiaj obudziłem się jak zwykle przed szóstą, jednak czułem się fatalnie. Powiedzmy, że było to zatrucie pokarmowe. Postanowiłem więc pospać jeszcze godzinkę, potem jeszcze godzinkę. Czułem się nadal fatalnie, więc wstałem ale postanowiłem w międzyczasie jeszcze podrzemać.

Myślę, że choroba jest sygnałem od ciała, żeby zwolnić i poświęcić więcej czasu na odpoczynek. Kiedyś myślałem, że można wyspać się na zapas. Tak chyba jednak nie jest. Ale jeśli już ciało upomina się wyraźnie o większą dawkę snu, to trzeba jak najszybciej spełnić jego potrzeby.

————————

2011-05-26 / Drzemka: brak  // Sen nocny:  0.20-6.00 (ok. 5.5 h, budzik) + sen/drzemki ok. 3h [choroba]  // Razem snu: ok. 9 h.

2011-05-25 / Drzemka: 11.00 (ok. 10 min.)  // Sen nocny:  0.20-6.40 (ok. 6.5 h, bez budzika)  // Razem snu: ok. 6.5 h.

2011-05-24 / Drzemka: 13.00 (ok. 10 min.)  // Sen nocny:  23.50-5.40 (6 h, bez budzika)  // Razem snu: ok. 6 h.

2011-05-23 / Drzemka: 12.30 (ok. 20 min.)  // Sen nocny:  23.15-5.30 (6 h, bez budzika)  // Razem snu: ok. 6.5 h.

2011-05-22 / Drzemka: kilka (łącznie >60 min. snu)  // Sen nocny:  23.30-6.0 (6.5 h, budzik)  // Razem snu: > 8 h.